Przyznam szczerze, że gdy Apple zaprezentowało oficjalnie MacBooka Neo, początkowo podchodziłem do tego pomysłu dość sceptycznie. Mimo iż samo urządzenie prezentowało się całkiem sympatycznie, to jednak nie sądziłem, by mogło ono wzbudzić duże zainteresowanie wśród nabywców. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna - nowy laptop Apple niemal natychmiast stał się prawdziwym sprzedażowym hitem.

Na papierze MacBook Neo prezentuje się, delikatnie mówiąc, niezbyt okazale. Procesor zapożyczony ze smartfona (i to nawet nie najnowszego modelu!), 8 GB pamięci RAM i 256 GB pamięci masowej… Gdy pierwszy raz czytałem specyfikację techniczną podstawowego wariantu, oczami wyobraźni widziałem już prześmiewcze komentarze krytyków Apple mówiące, że firma po raz kolejny zamierza „strzyc owce”, i czułem, że akurat w tym przypadku będą one usprawiedliwione. Zupełnie nie spodziewałem się, że ledwie dwa miesiące później Neo będzie powszechnie nazywany pogromcą tanich laptopów z Windowsem.

Niestety, czasem po prostu zapominam, że podczas gdy ja sam lubię przed zakupem komputera poświęcić dużo czasu na wnikliwe porównywanie różnych opcji w celu znalezienia optymalnego rozwiązania, dla wielu osób jest to wizja rodem z najgorszego koszmaru. Niektórzy chcą po prostu wziąć pierwszy produkt, który z grubsza odpowiada ich oczekiwaniom i jest przystępny cenowo. Apple najwyraźniej trafnie oceniło, że ta druga grupa jest znacznie większa od pierwszej, a przy tym wyraźnie zmęczona tym, co oferują jej obecnie konkurenci (nie ma co tu kryć, Microsoft wyświadcza Apple ogromną przysługę sposobem, w jaki od jakiegoś czasu rozwija system Windows). W efekcie Neo okazał się strzałem w dziesiątkę. Na myśl nasuwa się więc od razu pytanie - czy schemat ten dałoby się powtórzyć również z najważniejszym produktem z oferty tej firmy - iPhone’em?

Nie da się ukryć, że najczęstszym zarzutem kierowanym w stronę smartfonów Apple jest to, że są one po prostu za drogie. Apple wielokrotnie próbowało już wypuszczać tańsze warianty iPhone’ów, czego ostatnim przykładem jest seria e, jednak jak dotąd żadnemu z nich nie udało się zawojować rynku. W pewnym sensie pojawienie się MacBooka Neo jeszcze trochę pogorszyło sytuację, gdyż teraz najtańszy model iPhone’a w ofercie Apple kosztuje tyle samo, co najtańszy laptop tej firmy, przez co nie prezentuje się on już aż tak „budżetowo” jak dotychczas. Cena nie jest zresztą jedynym problemem iPhone’a 17e. Urządzenie to, podobnie jak poprzednie tańsze warianty iPhone’a, zostało zaprojektowane w sposób, który dość wyraźnie komunikuje nabywcom, że kupują produkt z niższej półki. Nie trzeba być znawcą tematu, by – biorąc do ręki ten model i porównując go ze standardowym iPhone’em 17 – zauważyć, że jest to wersja okrojona i po prostu jednoznacznie gorsza.

Nie ma co się oszukiwać - iPhone’y dawno już przekroczyły granicę, przy której dla wielu użytkowników (zwłaszcza tych używających telefonów przede wszystkim zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem - do komunikacji) kolejne generacje procesorów, więcej pamięci RAM czy nawet lepsze aparaty nie robią już praktycznie żadnej różnicy w codziennym użytkowaniu. Nie oznacza to jednak, że osoby te chcą kupować produkty, które już w dniu premiery sprawiają wrażenie nieco przestarzałych, tak jak miało to miejsce w przypadku iPhone’ów z serii e i SE.

Hipotetyczny iPhone Neo byłby więc dla Apple świetną okazją do zerwania z tym schematem. Zamiast oferować klientom po prostu uboższą wersję ostatniego iPhone’a, firma mogłaby stworzyć nową linię z własnym unikalnym charakterem, wyróżniającym ją na tle innych dostępnych modeli. iPhone Neo oczywiście również musiałby iść na pewne kompromisy, które pozwoliłyby obniżyć jego cenę (a warto pamiętać, że w przypadku smartfonów jest to trudniejsze, chociażby ze względu na konieczność miniaturyzacji), jednak w przypadku urządzenia bardzo widocznie różniącego się designem od standardowego modelu byłoby to mniej zauważalne.

Neo, zgodnie z ideą nazwy, mógłby wprowadzić odrobinę świeżości i nowatorstwa do nieco skostniałego katalogu iPhone’ów. Oczywiście mam świadomość, że takie właśnie zadanie miał nieudany zeszłoroczny eksperyment o nazwie iPhone Air, jednak wierzę w to, że Apple jest zdolne wyciągnąć wnioski z tamtej porażki i pójść tym razem w zupełnie przeciwnym kierunku. Air był próżnym pokazem możliwości, w którym projektanci tak mocno skupili się na uczynieniu telefonu jak najsmuklejszym, że zapomnieli zastanowić się nad tym, po co i dla kogo właściwie to robią. Porażka tego modelu i sukces MacBooka Neo pokazały wyraźnie, że wielu użytkowników wcale nie chce urządzenia będącego inżynieryjnym dziełem sztuki, a zamiast tego wolą coś prostego, taniego i w zadowalający sposób spełniającego podstawowe potrzeby.

Już 1 września bieżącego roku John Ternus, obecnie pełniący w Apple rolę starszego wiceprezesa ds. inżynierii sprzętu, zastąpi Tima Cooka w roli dyrektora generalnego. Będzie to pierwsza od 15 lat zmiana na tym stanowisku. Wrzesień jest też miesiącem, w którym Apple zazwyczaj prezentuje kolejne generacje iPhone’ów. Można się więc spodziewać, że tym razem firma zdecyduje się uczcić rozpoczęcie nowego rozdziału swojej historii, prezentując coś specjalnego. iPhone Neo nie byłby może najbardziej ekscytującą niespodzianką, ale w pewnym sensie sprawdziłby się dobrze jako symbol nowego otwarcia. Nie ukrywam, że osobiście przyjąłbym taki obrót spraw bardzo pozytywnie, bo choć, jak już wcześniej wspomniałem, w przypadku komputerów jestem użytkownikiem dość wymagającym, przez co MacBook Neo do mnie nie trafił, w przypadku smartfonów moja sytuacja wygląda wręcz odwrotnie - moje potrzeby są tak niewielkie, że taniego iPhone’a nadającego się do podstawowych zastosowań, ale pozwalającego mi zachować integrację z ekosystemem Apple, kupiłbym pewnie niemal w ciemno.

Artykuł ukazał się w MyApple Magazynie nr 3/2026

Pobierz MyApple Magazyn nr 2/2026