Już rok temu można było przypuszczać, że premiera iPhone'a X wywoła potrzebę stworzenia nieco tańszej wersji tego modelu. Szukanie oszczędności przyszło Apple łatwo, a sam iPhone XR zdaje się, że zrobił dobre pierwsze wrażenie. To telefon, który powstał w wyniku szukania oszczędności, ale bez zgody na kompromisy, przypominając tym zachowaniem submarkę Xiaomi.

Big 13deef5d 5fec 49f7 b3b3 38e8b386416f

Choć pojawienie się Pocophone’a odbiło się szerokim echem w mediach, to ewentualnym niewtajemniczonym śpieszę z wytłumaczeniem. Jest to submarka Xiaomi, podobnie jak Honor od Huaweia, jednak model F1 różni się od wszystkich innych okrojonych wersji flagowców. Telefon ma topową jednostkę Qualcomma - Snapdragona 845, 6 lub 8 GB pamięci RAM, zupełnie rozsądny aparat, który jakością nie odbiega zbytnio flagowym Xiaomi i kosztuje jedynie 1500 złotych w oficjalnej polskiej sprzedaży. To o 800 złotych mniej niż pierwowzór Pocophone’a - Xiaomi Mi 8. Na czym więc oszczędzano?

Cięcia kosztów w „tańszych flagowcach” zazwyczaj znajdujemy w procesorze, pamięci RAM, w matrycach aparatów zachowując podobny lub niemal identyczny wygląd zewnętrzny - bezramkowe ekrany, metalowe i szklane obudowy. Pocophone jest odwrotnością tej idei. Plastikowe, choć dobrze wykonane plecki, ekran LCD ze sporym wcięciem i sporymi ramkami zmniejszają koszty produkcji.

Moim zdaniem podobna idea przyświecała projektantom Apple, kiedy tworzono iPhone’a XR. To urządzenie „dla każdego” (kto będzie miał wolne 3729 złotych), jednak oszczędności nie szukano w wydajności, funkcjonalności czy wygodzie z korzystania. Znaleziono je w obudowie i wyświetlaczu, które dla wielu użytkowników są mniej istotne niż topowa specyfikacja i pełna funkcjonalność.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że porównuję z sobą telefony za 1500 i 3729 złotych. Wydawałoby się, że to absurd jednak fakty są takie, że oba telefony to tańsze wersje topowych modeli. Jeśli spojrzeć na proporcje, a nie na ceny, to możemy łatwo zauważyć, że za Pocophone’a zapłacimy 65% wartości rynkowej Xiaomi Mi 8, natomiast za iPhone XR będziemy musieli wyłożyć 75% wartości iPhone’a XS. Proporcjonalnie więc tej przepaści już nie ma. Oba modele to okrojony flagowiec za 2/3 - 3/4 ceny pierwowzoru.

Mi się takie cięcia podobają. Do tego stopnia, że 19 października prawdopodobnie zamówię iPhone’a XR. Nie dlatego, że nie widzę jego większych ramek względem iPhone’a XS i XS Max, nie dlatego, że nie chciałbym mieć teleobiektywu, IP68 czy OLEDowej matrycy. Zamówię iPhone’a XR, bo nie chcę wydać 1200 złotych więcej za rzeczy, których brak w żaden sposób mnie nie ogranicza. Dane techniczne mówią jasno - to będzie dobry, mocny sprzęt. Nie oszczędzano na ulepszonym Face ID, procesorze, matrycy aparatu czy baterii. Cieszę się, że mimo wyższej niż zakładałem ceny, ten telefon nie jest kompromisem. Nie szuka cięć w usuwaniu funkcji, które znamy już z poprzednich modeli (no może 3D Touch, którego los i tak jest niepewny). Nie zabrakło też głośników stereo, wodoodporności, szybkiego i indukcyjnego ładowania.

Podsumowując: czy iPhone XR jest dla Apple tym samym co Pocophone dla Xiaomi? Mimo różnych półek cenowych, mimo innej jakości wykonania i grup docelowych muszę powiedzieć, że tak, bo łączy je jeden główny wyznacznik - oszczędności, których szukano w detalach, a nie w wydajności i wygodzie korzystania z urządzenia.

Czy iPhone XR to wybór najbardziej sensowny? Pewnie nie, bo w tej cenie można dostać właściwie każdego innego flagowego Androida (może poza Galaxy Note9). Jednak szukając iPhone’a i wybierając iPhone’a XR mam wrażenie, że wybiorę najrozsądniejszą, choć to wcale nie oznacza, że rozsądną opcję, którą oferuje mi Apple.