Ronald Wayne – zapomniany trzeci założyciel Apple
W kulturze popularnej dawno już utrwalił się pewien mit o początkach firmy Apple: została ona założona przez dwóch młodych, nieustraszonych wizjonerów, Steve’a Jobsa i Steve’a Wozniaka, w skromnym garażu, w którym zaprojektowali i zbudowali oni swój pierwszy komputer. Problem w tym, że w historii tej znajdują się dwa dość poważne błędy.
Po pierwsze, jak już wielokrotnie wyjaśniał Wozniak, wspomniany garaż nigdy nie był prawdziwą siedzibą Apple. Było to tylko miejsce, w którym spotykali się oni towarzysko, by porozmawiać w swobodnej, przyjacielskiej atmosferze. W rzeczywistości cała realna praca nad pierwszym komputerem marki Apple odbywała się po godzinach w siedzibie HP, gdzie pracował wówczas Wozniak. Po drugie, założycieli nie było dwóch, tylko trzech. Oprócz Wozniaka i Jobsa w procesie zakładania Apple brał udział również Ronald Wayne. Wiele osób zapomina o nim, gdyż odłączył się od firmy, zanim jeszcze zdążyła ona osiągnąć pierwsze sukcesy. Pięćdziesiąta rocznica założenia Apple to jednak dobry pretekst, by przyjrzeć się bliżej tej postaci.
Trudne początki
Ronald Wayne dość mocno różnił się od dwóch pozostałych założycieli Apple. Przede wszystkim był od nich starszy o ponad dwie dekady, co przekładało się m.in. na znacznie większe doświadczenie biznesowe. Niestety, w przypadku Wayne’a było to doświadczenie o raczej negatywnym charakterze. Swoją pierwszą firmę założył on w 1971 roku, na pięć lat przed powstaniem Apple. Zajmowała się ona produkcją automatów hazardowych i splajtowała po niespełna roku, zostawiając Ronalda z masą długów, których spłacenie zajęło mu kolejnych kilkanaście miesięcy. Jak sam później twierdził, było to bardzo traumatyczne przeżycie, które wykształciło w nim ostrożne podejście do kwestii biznesu i ryzyka.
Po nieudanej próbie prowadzenia własnej firmy Wayne znalazł zatrudnienie w świeżo założonym Atari, specjalizującym się w produkcji automatów do gier, gdzie radził sobie znacznie lepiej niż we własnym biznesie. Szybko stał się tam dość ważną postacią, odpowiadając m.in. za stworzenie wewnętrznego systemu dokumentacji oraz projektowanie obudów do automatów. Tam właśnie poznał młodego, ambitnego Steve’a Jobsa, który później zapoznał go ze swoim kolegą, Steve’em Wozniakiem.
Mimo iż Jobs już wtedy był bardzo pewny siebie i dążył do celu po trupach, traktował on bardziej doświadczonego Wayne’a jako swego rodzaju autorytet, zwracając się do niego po rady zarówno w kwestiach życiowych, jak i zawodowych. Pewnego dnia poprosił go o pomoc w przekonaniu Wozniaka do pewnego przedsięwzięcia.
Trzej muszkieterowie
W tamtym okresie Wozniak traktował projektowanie własnego komputera głównie jako hobby, zwłaszcza po tym, jak zatrudniająca go firma HP kilkukrotnie odrzuciła jego projekty. Jobs chciał jednak przekonać go, że powinni zacząć produkować i sprzedawać jego dzieło na własną rękę. Poprosił on o pomoc Wayne’a po części ze względu na jego doświadczenie i autorytet, a po części dlatego, iż najzwyczajniej w świecie potrafił on podejść do rozmowy z Wozniakiem spokojniej i bardziej dyplomatycznie. Wayne zaprosił więc obu Steve’ów do swojego domu na długą i ożywioną dyskusję o przyszłości branży komputerowej, w trakcie której wraz z Jobsem udało im się przekonać Wozniaka do założenia wspólnej firmy. Wayne natychmiast sporządził wstępny szkic umowy założycielskiej (umiejętność napisania takiego dokumentu „z głowy” podobno bardzo zaimponowała Wozniakowi), według której dwóch Steve’ów miało dostać po 45% udziałów w firmie, a trzeci założyciel – pozostałe 10%. Taki układ miał pozwolić Wayne’owi pełnić rolę języczka u wagi, który jako starszy i bardziej doświadczony przedsiębiorca miałby decydujący głos w rozstrzyganiu sporów między dwoma młodymi, porywczymi partnerami. Jak sam później twierdził, miał on być po prostu „jedynym dorosłym w pomieszczeniu”.
W rzeczywistości rola Wayne’a w Apple nie ograniczała się jednak wyłącznie do rozstrzygania sporów. W krótkim czasie, jaki spędził w firmie, zdążył m.in. napisać instrukcję Apple I i przygotować wstępny projekt obudowy komputera. Jego najbardziej rozpoznawalnym wkładem w jej rozwój było jednak zaprojektowanie jej pierwszego oficjalnego logo, przedstawiającego Izaaka Newtona siedzącego pod jabłonią. Pierwsza wersja zawierała podpis Wayne’a ukryty w trawie, jednak Jobs zauważył to i zażądał jego usunięcia. Apple używało logo autorstwa Wayne’a w pierwszym roku istnienia, wywieszając je m.in. na swoich stanowiskach na różnego rodzaju targach, jednak później zostało ono zastąpione kultowym nadgryzionym jabłkiem zaprojektowanym przez Roba Janoffa. Sam Wayne przyznał później zresztą, że już w chwili projektowania wspomnianej grafiki wiedział dobrze, że jest ona przestarzała i nie pasuje do nowoczesnego charakteru firmy.
Taktyczna ucieczka
Ronald Wayne spędził w Apple niespełna dwa tygodnie, po czym opuścił firmę, sprzedając swoje udziały Jobsowi i Wozniakowi za osiemset dolarów (jakiś czas później zgodził się przyjąć dodatkowo półtora tysiąca za zrzeczenie się wszelkich praw do marki). Powodem takiej decyzji był strach przed popadnięciem w kolejne kłopoty finansowe. W odróżnieniu od dwudziestokilkuletnich Steve’ów, którzy nie mieli grosza przy duszy, czterdziestojednoletni Ronald miał zgromadzony pewien majątek, którym odpowiadałby za ewentualne długi firmy. Kiedy więc dowiedział się, że produkcja pierwszej partii komputerów Apple ma być finansowana przez kredyt, a zamawiający je sklep Byte Shop znany jest z opieszałości w wypłacaniu pieniędzy kontrahentom, postanowił wycofać się z przedsięwzięcia. Wayne do dziś uważa zresztą, że w tamtej sytuacji była to jedyna rozsądna decyzja i, jak sam twierdzi, nie żałuje jej podjęcia.
Chęć uniknięcia kłopotów finansowych nie była jednak jedynym powodem odejścia z Apple. Wayne dość wcześnie zrozumiał też, że najzwyczajniej w świecie nie pasuje do dwójki młodych, pełnych energii i zapału przedsiębiorców o bardzo silnych osobowościach. W jednym z wywiadów porównał on współpracę z Jobsem i Wozniakiem do próby trzymania się ogona tygrysa. Wiedział on, że jeśli zdecydowałby się zostać, w najlepszym razie spędziłby kolejne dwie dekady, wykonując nudną papierkową robotę w ich cieniu. Jak sam później stwierdził w jednym z wywiadów, najprawdopodobniej ostatecznie skończyłby szybko jako najbogatszy człowiek na cmentarzu.
Bez żalu
Ronald Wayne w maju bieżącego roku skończy 92 lata. Żyje stosunkowo skromnie, ale za to spokojnie, oddając się takim pasjom jak sztuka, filatelistyka i pisanie książek. Gdyby nie wycofał się z Apple, jego udziały w firmie byłyby dziś warte blisko 400 miliardów dolarów. Mimo to przez lata we wszystkich wywiadach podkreślał on, że nie żałuje tej decyzji (dopiero niedawno ton jego wypowiedzi w tej kwestii nieco się zmienił, a w niektórych wywiadach zaczął nawet twierdzić, że tak naprawdę nigdy nie sprzedał udziałów, sugerując, że sprawą tą może zająć się sąd). Tym, czego natomiast nie może sobie wybaczyć, jest odsprzedanie swojej kopii umowy założycielskiej Apple za kwotę pięciuset dolarów. Dokument ten na przestrzeni lat wielokrotnie trafiał później na różnego rodzaju aukcje, stopniowo uzyskując coraz wyższe ceny. Na początku bieżącego roku został on sprzedany po raz kolejny, tym razem za dwa i pół miliona dolarów.
Tekst ukazał się w MyApple Magazynie nr 2/2026
![]() | ![]() |


