Jednym z najgłośniejszych wydarzeń związanych z ubiegłorocznym startem usługi Apple Music była „afera" dotycząca wypłacania pieniędzy artystom, którzy wedle pierwotnych założeń mieli nie otrzymywać wynagrodzenia za odtwarzanie ich utworów w trakcie trwania trzymiesięcznego okresu testowego. W obronie uciśnionych muzyków stanęła jednak Taylor Swift, która otwarcie skrytykowała warunki stawiane przez Apple. Niedługo po tym firma z Cupertino ogłosiła, że artyści będą jednak otrzymywać pieniądze za każde odtworzenie utworu. Całe zdarzenie przypominało historię z bajki, w której piękna dziewczyna rzuca wyzwanie potworowi, a ten, wzruszony jej odwagą, przejawia ludzkie oblicze i spełnia jej życzenia. Sęk w tym, że wielu internautów nie lubi tego typu bajek.

Big 8f4c88ef 6833 4020 9027 9f109663fc4f

Niemal natychmiast po ogłoszeniu decyzji Apple w sieci zaczęły pojawiać się teorie, według których całe zajście było jedynie sprytnie wyreżyserowanym chwytem marketingowym, przynoszącym ogromne korzyści dla wizerunku obu stron. Nie trzeba bowiem spędzać dużo czasu w internecie, by wiedzieć, że niektórzy internauci uwielbiają teorie spiskowe i nie potrafią sobie odmówić doszukiwania się ich gdzie tylko się da. Czasami łatwiej jest uwierzyć w to, iż Tim Cook i Taylor Swift wspólnie knują i manipulują opinią publiczną, niż w to, że Apple jest w stanie od czasu do czasu postawić wizerunek wyżej niż zyski. Historia Taylor Swift i Apple Music to jednak drobnostka w porównaniu z innymi teoriami spiskowymi związanymi z Apple, na które można trafić, nurkując w odmętach rozmaitych blogów i forów internetowych. W poniższym artykule postaram się przybliżyć wam najbardziej zaskakujące z nich.

Apple Watch ma zniechęcić ludzi do inteligentnych zegarków…

Już na długo przed pierwszą oficjalną prezentacją zegarka Apple Watch mówiło się o tym, że urządzenie to będzie ważnym produktem nie tylko dla firmy z Cupertino, ale też dla całej branży „ubieralnych technologii". Gadżety tego typu nie cieszyły się bowiem zbyt wielką popularnością i potrzebowały czegoś, co zwróci na nie uwagę szerszego grona odbiorców. Mówiąc wprost: wiele osób liczyło na to, że Apple Watch będzie dla inteligentnych zegarków tym, czym pierwszy iPhone dla smartfonów. Porażka Apple na tym polu oznaczałaby zaś, że nawet jedna z najpotężniejszych marek świata nie jest w stanie skłonić ludzi do kupowania inteligentnych zegarków, co nie wróżyłoby dobrze dla przyszłości całej branży. Według teorii Andy'ego Fausta z serwisu WatchAware, firma Apple, mająca oczywiście pełną świadomość nadziei pokładanych w jej zegarku, celowo wypuściła na rynek bardzo przeciętny produkt, by zniechęcić potencjalnych nabywców do samej koncepcji smartwatchy. Apple obawiało się bowiem potencjału drzemiącego w gadżetach tego typu, dlatego też postanowiło rozprawić się z nimi, zanim ich rosnąca popularność zdoła odbić się negatywnie na sprzedaży iPhone'ów. Wiedząc o tym, że dla przeciętnego użytkownika każdy inteligentny zegarek będzie po prostu Apple Watchem (tak jak przez wiele lat każdy smartfon był iPhone’em, a każdy tablet iPadem), firma z Cupertino postanowiła doprowadzić do tego, by na samo wspomnienie o produktach tego typu przed oczami pojawiał się nam obraz urządzenia drogiego i nieprzydatnego. W efekcie, zamiast zrewolucjonizować rynek smartwatchy, Apple Watch tylko utwierdziłby wszystkich w przekonaniu, że tym, czego naprawdę potrzeba im do szczęścia, jest po prostu iPhone. Sam autor teorii przyznaje wprawdzie, że osobiście liczy na to iż jest ona błędna, gdyż bardzo by  chciał, żeby  zegarek od  Apple odniósł sukces, jednak jego zdaniem to jedyne wytłumaczenie decyzji o wprowadzeniu na rynek tak niedopracowanego produktu. Co ciekawe, jego teoria nie jest wcale najmniej racjonalnym sposobem, by wyjaśnić przyczynę pojawienia się na rynku Apple Watcha. Nieco śmielsi tropiciele spisków doszukują się w nim bowiem spełnienia biblijnych przepowiedni.

… a liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć

„I sprawia, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło i że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia – imienia Bestii lub liczby jej imienia". Ten fragment Apokalipsy św. Jana często interpretowany jest przez zwolenników teorii spiskowych jako przepowiednia nadejścia czasów, w których nowoczesna technologia zostanie wykorzystana do całkowitego zniewolenia ludzi przez grupę osób rządzących światem zza kulis. Termin „znak bestii" próbowano powiązać z Apple już przy okazji premiery iPhone'a 6 i usługi Apple Pay, jednak dopiero premiera zegarka Apple Watch sprawiła, że wszystko ułożyło się w zgrabną, przejrzystą całość, pobudzającą wyobraźnię zwolenników teorii spiskowych. Tuż po pierwszej oficjalnej prezentacji inteligentnego zegarka firmy Apple w sieci zaczęło pojawiać się wiele różnych teorii, próbujących łączyć nowy produkt z biblijną przepowiednią i planami zniewolenia ludzkości przez rozmaite tajne organizacje. Wprawdzie niewiele osób posunęło się tak daleko, żeby twierdzić, że to właśnie Apple Watch jest tym przepowiedzianym w Biblii znamieniem, bez którego „nikt nie może kupić ni sprzedać” (niestety, Apple Pay nie rozwija się tak szybko), jednak wiele osób doszukuje się w nim narzędzia mającego oswoić zagubione dusze ze znakiem bestii, tak by bez oporów przyjęły go, gdy nadejdzie odpowiedni moment. Mimo iż próby powiązania niepozornego elektronicznego gadżetu z Apokalipsą św. Jana i tajnymi organizacjami potajemnie rządzącymi światem mogą wydawać się dość osobliwym pomysłem, to jednak w rzeczywistości doszukiwanie się biblijnego znaku bestii w nowoczesnych technologiach dawno stało się już dla wielu osób chlebem powszednim. W ciągu ostatniej dekady wspomniany wcześniej fragment Biblii wiązany był już między innymi z bezprzewodowym internetem, medycznymi implantami, kartami kredytowymi i chipami wszczepianymi pod skórę. Apple Watch nie jest więc pod tym względem urządzeniem wyjątkowym, a jedyną rzeczą wyróżniającą go na tle pozostałych technologii pretendujących do miana znaku bestii jest to, że wiele osób rzeczywiście nosi go na prawej ręce (a znając życie prędzej czy później doczekamy się również akcesorium, które pozwoli nosić go na czole).

Touch ID to narzędzie wymyślone przez rząd do gromadzenia odcisków palców obywateli

Touch ID, czyli czytnik linii papilarnych znajdujący się na wyposażeniu wielu produktów firmy Apple, w założeniu miał zapewnić użytkownikom poprawę bezpieczeństwa ich danych przy jednoczesnym zwiększeniu wygody użytkowania iUrządzeń. Odblokowywanie telefonu poprzez dotknięcie palcem czytnika to rozwiązanie o wiele szybsze od wpisywania kodu, który przecież może wylecieć nam z pamięci lub przypadkiem wpaść w ręce niepowołanych osób. Niedługo po premierze iPhone'a 5s, pierwszego produktu firmy Apple wyposażonego w Touch ID, w sieci pojawiły się jednak teorie głoszące, iż smartfon wyposażony w czytnik linii papilarnych jest efektem potajemnej współpracy firmy Apple z amerykańską agencją wywiadowczą NSA, która miałaby wykorzystywać go do zbierania odcisków palców obywateli Stanów Zjednoczonych. W sprawę zaangażowali się między innymi aktywiści z grupy Anonymous, którzy opublikowali w sieci informacje dotyczące powiązań pomiędzy kupioną przez Apple firmą Authentec (odpowiedzialną za technologię wykorzystaną w Touch ID) a amerykańskim rządem. Ze względu na to, że wszystko działo się niedługo po tym, gdy Edward Snowden ujawnił światu informacje dotyczące projektu Prism, społeczeństwo było bardzo wyczulone na punkcie tematów związanych z NSA i inwigilacją, przez co teoria o współpracy między Apple a amerykańską agencją wywiadowczą zdobyła spory rozgłos. Firma z Cupertino zareagowała na zarzuty stawiane przez internautów oświadczając, że odciski palców wykorzystywane przez czytnik Touch ID nie są zapisywane w chmurze, lecz bezpośrednio w pamięci układu A7, co uniemożliwia niepowołanym osobom uzyskanie do nich dostępu.

Aktualizacje iOS zawierają ukryty kod „uśmiercający" starsze urządzenia

Planowane postarzanie produktu to temat, który wypływa przy każdej większej aktualizacji systemu iOS, kiedy to tłumy internautów zaczynają narzekać na to, że nowa wersja systemu „zabiła" ich iPhone'a. Oczywiście spora część zarzutów stawianych w tej kwestii firmie Apple jest jak najbardziej uzasadniona. Jej najpopularniejsze produkty starzeją się dość szybko (chociaż wcale nie szybciej niż propozycje głównych konkurentów), ich naprawa po upływie gwarancji jest nieopłacalna (często kosztuje niewiele mniej niż zakup nowego egzemplarza), a modernizacja starszego urządzenia nawet nie wchodzi w grę. Wiele osób nie jest jednak w stanie uwierzyć w to, że smartfony najzwyczajniej w świecie zużywają się w trakcie codziennego użytkowania (a przecież należy pamiętać, że przeciętny użytkownik korzysta z nich dzisiaj intensywniej niż kilka lat temu), a technologia rozwija się w takim tempie, że „ledwie" kilkuletni sprzęt ma problemy z obsługą oprogramowania projektowanego z myślą o nowszych modelach. Ich zdaniem iUrządzenia mogłyby latami działać równie dobrze jak tuż po wyjęciu z pudełka i bez problemu korzystać z wszystkich nowości wprowadzanych w kolejnych aktualizacjach, gdyby tylko każda następna wersja systemu iOS nie zawierała w sobie ukrytego kodu spowalniającego starsze modele. Zwolennicy tej teorii, świadomie lub nie, zawierają w niej wiele pochwał dla firmy Apple, która najwyraźniej nie tylko produkuje urządzenia tak wysokiej jakości, że aż musi je sama psuć, bo inaczej działałyby wiecznie, ale też potrafi tak sprytnie ukryć w swoich aktualizacjach złośliwy kod, że nawet rzesze programistów rozkładających każdą z nich na czynniki pierwsze i potrafiących przewidzieć na ich podstawie cechy niezapowiedzianych jeszcze produktów, wciąż nie zdołały wytropić jego śladu. Prawda jest jednak taka, że w ciągu ostatnich dziewięciu lat Apple zdążyło już tak bardzo przyzwyczaić swoich klientów do koncepcji regularnej wymiany telefonów, że nawet nie musi stosować żadnych pokrętnych sztuczek, by nakłonić ich do tej czynności. Gorliwość użytkowników zmieniających swoje urządzenia na nowsze sprawia, że zapewnianie im długiej żywotności mija się z celem, gdyż korzyści płynące z takiego działania odczułaby jedynie niewielka grupa użytkowników, zaś negatywne efekty uboczne (wyższa cena, wolniejszy postęp) dotknęłyby wszystkich.

Logo Apple to nawiązanie do śmierci Alana Turinga

Mimo iż nadgryzione jabłko wydaje się być oczywistym symbolem dla firmy noszącej nazwę Apple, wiele osób doszukuje się w nim ukrytego znaczenia. Niektórzy twierdzą, że symbolizuje ono owoc z biblijnego drzewa poznania dobra i zła, inni uważają zaś, że jest ono aluzją do Isaaca Newtona i legendy o tym, jak odkrył on grawitację. Jedna z najpopularniejszych teorii głosi, iż symbol ten stanowi nawiązanie do postaci Alana Turinga, genialnego brytyjskiego matematyka powszechnie uznawanego za jednego z pionierów informatyki, który w 1954 roku został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Przyczyną śmierci, uznanej za samobójstwo (chociaż na ten temat również istnieje wiele alternatywnych teorii), było zatrucie cyjankiem. Przy zwłokach znaleziono nadgryzione jabłko, w którym najprawdopodobniej (policja nie zbadała owocu) znajdowała się trucizna. Dwa lata przed śmiercią Turing, który był homoseksualistą, został uznany przez sąd winnym naruszenia moralności publicznej. Karą była przymusowa terapia hormonalna, utrata dostępu do poufnych informacji i odsunięcie od badań. Nadgryzione jabłko w tęczowych kolorach miałoby więc rzekomo upamiętniać tragiczne losy człowieka, bez którego firmy takie jak Apple nie mogłyby dzisiaj istnieć. Trzeba przyznać, że jest to całkiem zgrabna i wiarygodna historia – niestety nieprawdziwa. Steve Jobs zapytany o to, czy nadgryzione jabłko rzeczywiście miało stanowić hołd dla Turinga, odpowiedział, że bardzo chciałby, aby to była prawda. Rob Janoff, który w roku 1977 zaprojektował logo Apple, potwierdził, że rzekome nawiązania do postaci Turinga są tylko jedną z legend krążących wśród fanów marki. Zdradził on też, że decyzja o „nadgryzieniu" jabłka oraz pomalowaniu go na tęczowe kolory zapadła z dużo bardziej prozaicznych powodów. Bez tego pierwszego elementu logo było zbyt łatwe do pomylenia z wiśnią lub czereśnią. Brakujący, „odgryziony" fragment wyraźnie wskazuje na rozmiary owocu, dzięki czemu nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z jabłkiem. Kolorowe paski miały natomiast po prostu pokazać możliwości graficzne komputera Apple II.

Podsumowanie

Przeglądając rozmaite teorie spiskowe związane z Apple, trudno nie odnieść wrażenia, że chociaż głoszące je osoby raczej nie zaliczają się do grona oddanych fanów tej firmy, to jednocześnie większość z nich postrzega ją jako ogromną potęgę o niemal nieograniczonych możliwościach. Jej pomyłki i potknięcia to według nich celowe działania pozwalające jej manipulować rynkiem, produkty z logo nadgryzionego jabłka są odporne na działanie czasu i psują się tylko, jeśli Apple zechce, żeby się zepsuły, a niektóre urządzenia z jej katalogu zostały przepowiedziane przez Biblię i stanowią narzędzia w rękach tajnej organizacji planującej przejęcie władzy nad światem. W takiej sytuacji chyba pozostaje życzyć firmie z Cupertino, by część z tej niezwykłej wiary w jej możliwości przeszła na jej fanów, którzy coraz częściej mają problem nawet z wykrzesaniem z siebie wiary w stosunkowo realne rzeczy, takie jak chociażby więcej niż 16 GB pamięci w podstawowych modelach smartfonów i tabletów, obsługa wielu kont użytkownika na jednym urządzeniu z iOS i Siri mówiąca po polsku.

Artykuł został pierwotnie opublikowany w MyApple Magazynie nr 3/2016

Pobierz MyApple Magazyn nr 3/2016

Magazyn MyApple w Issuu