Mam spory problem.
W pracy z zalozenia pracujemy na sluzbowych MacBookach. Niestety uzywamy ich nieraz w dosc malo przyjaznych warunkach (mroz, wilgoc etc.).
Ktoregos dnia (akurat chorobowe, wiec zdychanie w lozku, a laptop Twoim jedynym lacznikiem ze swiatem), chwycilem swojego wygaszonego poltora dnia wczesniej czarnucha, a tu nic. Swieci ze wygaszony ale bez reakcji, nie daje sie wybudzic. Wyjecie baterii nic nie daje. Dopiero po podlaczeniu do sieci rusza, ale nie widzi baterii i zapomnial o dzwieku. Po paru dniach i meczeniu przez informatkow, ale miare normalnym dzialaniu, decyzja o wyslaniu go do serwisu. No i tragedia. Laptop na gwarancji, ja ucieszony, ze naprawia pojdzie dzieki temu szybciej i bez marudzenia ze strony pracodawcy, ze 'nie dbamy o sprzet' i musi placic za jakis serwis... a tu klops. Przychodzi ekspertyza, ze padla plyta glowna, spalony modul ladowania, laptop zalany i naprawa nie podlega gwarancji. Szybki rachunek sumienia... i nic. Nie przypominam sobie zebym cokolwiek wylal, zalal, przelal, wykapal... szczegolnie, ze mac dziala caly czas, tylko ze coraz slabiej (mulilo go od ponad miesiaca - uruchamial sie 5 minut przy 2GB ramu). Ale serwis doslal rowniez zdjecia i faktycznie. W zyciu naogladalem sie pozalewanych klawiatur, plyt glownych, sam zamordowalem pare winem albo piwem, ale to wyglada naprawde zle. Przy portach USB plyta gl. wyglada jakby kapala sie pare dni w wodzie. Sol wytracona z elektroniki przypomina kopalnie w Wieliczce, pracodawca krzyczy zeby zwracac za naprawe (bagatela 1280 $ netto) a ja zglupialem.
I pytanie: Laptop w swoim krotkim zyciu wielokrotnie byl uzywany kiedy byl wilgotny (caly zaparowany), zdarzylo sie tez nieraz, ze plecak w ktorym byl przenoszony byl przemoczony, second skin rowniez a macbook po wyjeciu, wytarciu i odczekaniu krotkiej chwili normalnie uzytkowany. Mozliwe, ze zawilgotnienie powoli dawalo mu sie we znaki, a ze korozja jest w miejscu gdzie skubaniec najbardziej sie nagrzewa (kabel sieciowy, porty) tam widocznie nie dawalo rady powoli wysychac, wchodzilo szybciej w reakcje i szkody najwieksze?
Mam jeszcze jedna teorie, ale nawet mi wydaje sie ona malo prawdopodobna. Jak ostatni raz na nim pisalem (zdychajac podczas walki z angina) i go zamykalem, temperatura (moja, nie maczka) z 40 spadla w momencie do 37 stopni cholernego Celsjusza i wygladalem jakbym wylazl spod prysznica. Maczka zamknalem i odlozylem trzymajac wlasnie w miejscu gdzie na zdjeciach serwisowych sa owe ogromne zniszczenia. Teoria bierze sie stad, ze go nie wylaczalem a uspilem, wiec caly czas byl pod napieciem i chyba tylko ludzki pot ma w sobie tyle swinstw, zeby pokryc w tak krotkim czasie piekna wieliczka rozgrzana plyte glowna. Szczegolnie, ze slady moich spoconych lapsk widac na obudowie chyba do tej pory.
Prosba do bardziej obeznanych z macami uzytkownikow: czy mozliwe, ze po prostu macbook nie bardzo wytrzymal taka prace, a ze jako jedyny w firmie nie poruszalem sie samochodem, wielokrotnie narazalem go na mniejsza lub wieksza wilgoc? A moze faktycznie zabila go ta niefortunna przygoda z angina i maly brak uwagi spowodowany maligna? Czy po prostu zlosliwe skrzaty naprawde istnieja i wylewaja pol litra piwa albo pluja na czyjes macbooki?
Nie chodzi o udowodnienie ludziom z serwisu, ze awaria podlega gwarancji, bo wywolana wada konstrukcyjna etc., tylko sam probuje dojsc do tego co sie stalo. I czy dobra decyzja jest rezygnacja z delikatnego macbooka, ktorego w tym ukladzie musialbym naprawic za te nieszczesne 1200$, na korzysc topornego, ale wytrzymalego (i niestety po mojej przygodzie prywatnego no i windowsowego) Lenovo?
wybaczcie nieco gargantuicznego posta
pzdr
<qkiz>




LinkBack URL
About LinkBacks





