Witajcie,
Otóż jestem teraz w Australii w college'u i miałem przyjemność poznać wielu nowych ludzi z całego świata. Mieszkam z 5 Amerykanami, więc możecie się domyślić, że doświadczenie musi być ciekawe... Znaczenie MacBooków dla ludzi z tamtej strony świata jest zupełnie inne niż dla nas Polaków, jak zaobserwowałem...
Mój kolega pewnego razu śpieszył się do szkoły. Wychodząc z domu wrzucił do torby, w której miał MacBooka Pro 15'', o którym właśnie jest mój post, jogurt. Nie wiem dokładnie co z tym jogurtem się zdarzyło, w każdym razie koniec końców - jego Mac był cały w jogurcie.
Miał nadzieję, że nic mu nie będzie, bo w końcu wiele razy mu się już zdarzało coś rozlać na niego, ale jednak był uszczerbek! Otóż padł mu cały panel po lewej stronie - żaden USB mu nie działa, a gniazdo ładowania działa mu co drugi dzień, co i tak jest łaską, bo ponoć w ogóle nie powinno działać. Oczywiście poszedł do serwisu i mu powiedzieli, że nie opłaca mu się tego odratowywać, bo ten "dock" kosztuje 900$, więc lepiej, żeby sobie kupił nowego macbooka. I tak też zrobił...
Moje pytanie do mózgów Polaków, które zawsze mnie zadziwiają i wszystko potrafią naprawić w tani sposób (a już na pewno potrafią naprawić to czego Amerykanie nie potrafią), czy da się zrobić coś z tym komputerem? Jakie są koszta, czy znacie jakichś magików, którzy by to mogli poskładać? Oczywiście to ciężko stwierdzić bez oglądania go, ale może znacie podobne usterki i ich koszta.
Przepraszam, jeżeli piszę laicko, ale nie mam styczności z tymi komputerami za bardzo.
Pozdrawiam
Michał
PS Mam tydzień na rozkminienie tej kwestii. Amerykanie stwierdzili, że trzeba zepsutemu MacBookowi zrobić egzekucję i zrzucić go ze schodów... (pozostawię to bez komentarza...)
PS 2 Może warto jakieś części z niego wykręcić przed egzekucją, jeśli nie da się go naprawić?




LinkBack URL
About LinkBacks



