Błagam, niech mi ktoś pomoże: jestem już totalnie podłamana. To nie moje pierwsze problemy z hdd, odkąd pamiętam z każdym chyba dyskiem miałam jakiegoś strasznego pecha, jeszcze zanim przeszłam na stronę jabłekSprawa wygląda tak:
Posiadam MBP 2.2 z 2007 roku. Kilka miesięcy temu wymieniłam wewnętrzny dysk twardy Fujitsu 120 gb na większy, bo przestał wystarczać. Ten stary wsadziłam w kieszeń zewnętrzną Icy Box i od tej pory używałam jako zewnętrzny. Wszystko hulało bez zarzutu przez kilka miesięcy. Aż ostatnio przy próbie podłączenia (dodam, że był w tamtym okresie mocno eksploatowany, dość dużo z niego kopiowałam w tę i w tamtą) zaczęły się dziać jakieś jaja. Za pierwszym razem zaczął się samoistnie odmontowywać i spowrotem zamontowywać, trwało to z pół minuty. Aż padł. Od tamtej pory nie widzi go żaden system, przy podłączeniu pali się najpierw zielona dioda, następnie miga czerwona (oznaczająca access). Dysk normalnie "burczy" jak przy odczytywaniu danych - coś tam się dzieje. Windows wykrywa podłączenie urządzenia USB, wyświetla w chmurce nazwę dysku, lecz samego dysku nie widzi. Linuks wyświetlił info o jakimś errorze dysku, po czym cały system się zacina.
Moje pytanie brzmi: Co to może być i gdzie może leżeć problem? Czy da się z tym coś jeszcze zrobić i ile może kosztować naprawa / odzyskiwanie danych z takiego dysku? Najbardziej denerwuje mnie fakt, że stało się to zupełnie nagle, nie miałam z nim wcześniej problemów, zawsze dbałam o niego i dzień przed zepsuciem chodził zupełnie normalnie. Mam tam conajmniej 50gb ważnych rzeczy, w tym 30gb bardzo ważnych. Nie wiem gdzie się z tym udać, jakiego typu jest to uszkodzenie i ile może mnie kosztować odzyskanie danych? Dodam, że jestem z Krakowa.




LinkBack URL
About LinkBacks


