Poniżej prezentujemy artykuł naszego czytelnika, Pana Piotra, który w e-mailu do nas pisze: "gdy oglądałem tegoroczne Keynote, uznałem, iż jest to doskonały materiał na artykuł. Niestety, moje sprawy zawodowe i prywatne przez długi czas powstrzymywały mnie przed zrealizowaniem tego pomysłu. Jednakże, po wielu godzinach żmudnej pracy, przesyłam z radością Państwu w załączniku owoc mej pracy". Nie mogliśmy postąpić inaczej jak ten wyjątkowy materiał opublikować.. Życzymy miłej lektury.
Oglądałem Keynote ’84. Wtedy wszystko było prostsze. Steve Jobs był zdrowy, miał młodą twarz i brązową grzywę. Maki od pecetów dzieliła nieprzekraczalna granica. Teraz, ćwierć wieku później, wszystko jest już zupełnie inne. Każdy Macintosh jest jedynie pecetem w cudownie pięknym opakowaniu z zainstalowanym Mac OS-em, Apple nie jest producentem tylko komputerów, ale wielofunkcyjną hybrydą, jakich wiele; Jobs jest chory i nie będzie już więcej MacWorldów. Oglądałem również Keynote ’09 z poczuciem, że uczestniczę w wydarzeniu historycznym, ponieważ miała być to już ostatnia taka impreza. Celem tego artykułu jest podzielenie się z czytelnikami tym, co tam przeżyłem i zobaczyłem.
The start of a new era.
Moscone Center, kompleksie hal wystawienniczych, w sercu San Francisco – to tam szóstego stycznia odbyło się ostatnie Keynote. Jak już wcześniej zapowiedziano, prezentacji nie poprowadził cierpiący na chorobę o nieznanej etiologii Steve Jobs, ale Philip Schiller, wiceprezes do spraw marketingu. Przy jego osobie pragnąłbym się teraz na chwilkę zatrzymać. Otóż ja uważam, że wszystkie zarzuty pod jego adresem są przesadzone, obwinianie go o roztaczanie atmosfery nudy, to chyba próba ukarania Bogu ducha winnej osoby za to, że nie nazwa się Jobs. Dobrze, zgadzam się, nie jest on mówcą doskonałym, nie ma siły magnetyzera, do jego figury też można się przyczepić, ale ja odniosłem wrażenie, że jest to osoba serdeczna i kompetentna. I chyba nikt nie może powiedzieć, że się nie starał. Osobiście śmieszyło mnie, gdy media tak rozdmuchały jego pomyłkę dotyczącą daty mistrzostw świata w piłce nożnej (bo czy to nie drobnostka?) podczas premiery iPoda Touch. Przypomina mi to wielką nagonkę na AMD po prezentacji Phenoma. Dodam jeszcze, że pamiętam prezentację iMaków G5 latem 2004 roku, którą on też prowadził i muszę powiedzieć, że nudno wtedy raczej nie było.
Na początku atmosfera była bardzo nerwowa, wszyscy w napięciu czekali , jednak później emocje zaczęły opadać, jednych może to rozczarowało, ale inni chyba byli zadowoleni, ponieważ zapanował bardzo kameralny nastrój, który, przynajmniej ja tak sadzę, był zgodny z zamierzeniem samego Apple’a. Bo przecież w nową erę można wejść w sposób łagodny, bez zbędnych fajerwerków.
Tak jak napisałem w podtytule, firma z Cupertino, rezygnując z MacWorld i Keynote, chce rozpocząć nowy etap w swej historii. Co nowego on przyniesie, jeszcze nie wiemy, ale zdaje się, że tegoroczne Keynote przyniosło już zapowiedź nowej ery.
Even the small talk will be BIG.
Oczekiwania wobec tego Keynote były ogromne. Ogień naszych żądz podsyciło zarówno to, co byłoby naturalną konsekwencją wcześniejszych czynów Apple’a (ot, nowy MacBook 17 cali, odświeżone iMaki czy Maki mini), ale również oliwy doń dolały pragnienia niczym nieuzasadnione, powodowane chyba tylko chęcią zmuszenia firmy do podążenia za rynkowymi tendencjami (mam na myśli netbooki albo tablety). Jednak ci, którzy wysuwali te bezpodstawne żądania, zapomnieli chyba, że Apple – najbardziej innowacyjna firma na świecie – wcale nie musi podążać za trendami. Ona je tworzy. W świetle powyższych stwierdzeń pozwolę sobie skonstatować, iż sami jesteśmy winni tego, że tegoroczne Keynote nie było takie, jakim chcielibyśmy je zobaczyć. Stawiając zbyt wygórowane żądania, sami siebie unieszczęśliwiliśmy. „Nawet małe słowa będą wielkie”, pod takim właśnie hasłem odbywało się ostatnie Keynote. My, zamiast zgłaszać bezpodstawne pretensje, powinniśmy szukać iskry nadziei w każdym słowie, przebłysku otuchy w każdym geście.
Mimo że nad tegorocznym MacWorldem od dawna zbierały się czarne chmury: choroba Jobsa, światowy kryzys i inne, na mnie osobiście całe wydarzenie zrobiło bardzo pozytywne wrażenie. Może brakowało wielkich premier, jak na przykład sprzed roku (MacBook Air) albo dwóch (iPhone), jednak Schiller w zamian w swym trwającym 98 minut przemówieniu zaprezentował kilka innych nowości, które – moim zdaniem – powinny zadowolić nawet malkontentów.
3 new things. Jakkolwiek nadzieje pod względem ewentualnych nowości były gigantyczne, to chyba słowa Schillera, że mają zostać zaprezentowane „tylko” trzy nowe rzeczy, musiały podziałać dla niektórych fantastów otrzeźwiająco. Koniec końców, rozwiewając wątpliwości, niwecząc złudzenia, zawodząc nadzieje, Apple zaprezentowało nowego MacBooka Pro 17’’ oraz pakiety iWork i iLife. Każdego z bohaterów pokazu pozwolę sobie opisać.
Seventeen inches of Power.
Philip Schiller na Macworld zaprezentował m.in. nowego siedemnastocalowego MacBooka Pro. Warto dodać, że była to jedyna hardware’owa nowość na tej konferencji. Oczywiście, chyba nie było osoby, która by się nie spodziewała rychłego pojawienia się tego modelu, skoro wszystkie serwisy plotkarskie bezustannie o nim szeptały. Jednakże te pogłoski, rozbudzając nasz apetyt, fałszowały nieco rzeczywistość. Tuż przed rozpoczęciem MacWorlda, Intel zaprezentował odświeżoną serię swych mobilnych procesorów, oprócz wydajnych jednostek o standardowym zużyciu prądu (seria T) i zmniejszonym (oznaczone jako P), z których każda mogłaby potencjalnie napędzać nowe dziecko Apple’a, znalazł się pośród nich czterordzeniowy model Q9000. Wszystkie portale jak jeden mąż okrzyknęły ten procesor sercem nowego MacBooka. Lecz któż mógł się wtedy spodziewać, że Apple zapragnie stworzyć najcieńszy, najlżejszy i najwydajniejszy siedemnastocalowy laptop w historii, a procesor, nawet o czterech rdzeniach i potężnej architekturze Core, taktowany zegarem dwa gigahertze, ale o współczynniku TDP równym 45 watów po prostu się do tego nie nadaje.
Mimo że nowe dziecko firmy spod znaku nadgryzionego jabłka nie spełniło powyższych nadziei, to na pewno jest doskonałym uzupełnieniem nowej linii MacBooków. Laptop korzysta ze wszystkich dobrodziejstw płynących z przynależności do rodziny „unibody”, jednocześnie dodając doń zupełnie nowatorskie cechy. Komputer otrzymał olśniewającą matrycę wysokiej rozdzielczości, podświetlaną przez diody LED, co gwarantuje większą żywotność baterii (o której jeszcze wspomnę) oraz znacznie większą jasność obrazu. Dodatkowymi atutami są możliwość zainstalowania aż ośmiu gigabajtów pamięci RAM oraz opcja zamówienia szybkiego i energooszczędnego dysku SSD, jednak – nie wiedzieć czemu – maksymalna pojemność standardowego HDD to jedynie 320 gigabajtów, podczas gdy w modelu piętnastocalowym maksimum wynosi pięćset „giga”.
Przy projektowaniu MacBooka Pro oczkiem w głowie była bateria; Apple chciało stworzyć najpojemniejszy, ale jednocześnie najmniejszy akumulator, toteż nie poprzestało jedynie na opracowaniu nowej technologii, lecz podjęło ryzykowną decyzję – by racjonalnie zagospodarować przestrzeń w nowym notebooku, postanowiło wbudować ją na stałe. Zważywszy, że Apple ma już poważnie na pieńku z Unią Europejską z powodu trudnych do wymiany baterii, jest to krok co najmniej dziwny, jednakże producent w zamian obiecuje nawet ośmiogodzinną pracę (!) bez zewnętrznego zasilania, jest to wartość o trzy wyższa niż u poprzednika, gwarantuje także do tysiąca cykli ładowania, co czyni ją jeszcze bardziej przyjazną środowisku (a to z kolei stało się nową obsesją Apple’a, choć raczej nie znajduje uznania wśród proekologicznych organizacji [por. badania Greenpeace’u]). Choć liczba tysiąc wydaje się wysoka, to kiedyś nadejdzie taki czas, gdy baterię będzie trzeba wymienić, wtedy niestety przyjdzie nam dopłacić sto siedemdziesiąt dziewięć dolarów.
Tak jak wszyscy bracia „unibody”, a być może w przyszłości wszystkie Maki, nowy MacBook posiada potężny chipset NVidia 9400M, który może nie jest tak energooszczędny jak konkurencyjne produkty Intela należące do platformy Centrino, jednak oferuje wszystkie najnowsze technologie, posiada bardzo dobry procesor grafiki GeForce 9400, który przewyższa wszystkie zintegrowane rozwiązania firmy Intel, a ponadto oferuje wsparcie dla takich zaawansowanych funkcji, jak Hybrid SLI czy HybridPower. Główne operacje graficzne z pewnością jednak spadną na głowę wydajnej karty graficznej GeForce 9600GT wspieranej przez 512 megabajtów własnej pamięci RAM.
Profesjonalistów na pewno ucieszy możliwość zakupienia laptopa w wersji bez błyszczącej matrycy, jednak koszt takiego zakupu to dodatkowe pięćdziesiąt dolarów, esteci raczej pozostaną przy wersji z pięknym, lecz mniej praktycznym połyskliwym wyświetlaczem.
Nowy MacBook 17 cali to laptop olśniewający i oszałamiający swym wyglądem, oferujący bogate wnętrze i innowacyjne rozwiązania, stanowi perfekcyjne uzupełnienie istniejącej linii MacBooków. Mam tylko szczerą nadzieję, że tym razem te piękne komputery nie sprawią swym użytkownikom tylu problemów co ich starsi bracia, ale będą cieszącymi oko i wydajnymi stacjami roboczymi.
Digital Life.
Niestety, jak już wspomniałem, mimo ogromnych oczekiwań MacBook był jedyną sprzętową nowością na tegorocznym Keynote. Podczas prezentacji królowały odświeżone wersje sztandarowych produktów Apple’a: iWork oraz iLife. Na początek pozwolę sobie przybliżyć ulepszenia wprowadzone do tego drugiego.
Podczas Keynote Philip Schiller najwięcej chyba czasu poświęcił nowemu iPhoto ’09. Bazując na swym poprzedniku, który wprowadził nową funkcję zwaną „Events”, która pozwala na organizowanie zdjęć na podstawie określonych zdarzeń, tegoroczna edycja iPhoto oferuje „Faces”. Ta innowacyjna cecha pozwala na automatyczne wykrywanie twarzy osób znajdujących na zdjęciach zgromadzonych w albumie oraz ustala, które z nich są na danych zdjęciach, dzieje się to za pomocą zaawansowanych technologii rozpoznawania i wykrywania twarzy. Wystarczy przypisać imię do danego oblicza, a iPhoto pozwoli na szybkie znalezienie zdjęć z poszukiwaną osobą lub wszystkie fotografie zawierające jedną czy więcej grup, na przykład członków rodziny użytkownika.
Nowością jest również „Places”. Tak jak „Events” czy „Faces”, „Places” pozwala na zupełnie nowy sposób organizowania zdjęć. Ta funkcja wykorzystuje tak zwany geotagging (geotagowanie), czyli technologię lokalizowania opartą na GPS-ie, w którą zaopatrzonych jest coraz więcej nowych aparatów fotograficznych lub komórek (jak na przykład iPhone). Osoby, nieposiadające aparatów z geotagowaniem, mogą skorzystać z usług Google Maps albo ręcznie wpisać współrzędne geograficzne. Można dzięki tym funkcjom wyszukiwać zdjęcia na podstawie lokalizacji, używając mapy z pinezkami, która pokaże, gdzie owe fotografie zostały zrobione. iPhoto posiada wykaz najpopularniejszych miejsc rekreacji.
iPhoto ’09 prócz wyżej wymienionych funkcji oferuje również wsparcie dla Facebooka i Flicra, popularnych portali społecznościowych. Polskiemu użytkownikowi może zabraknąć integracji z Naszą Klasą. Nowa wersja pozwala na automatyczny eksport naszych zdjęć do tych serwisów włączając w to geotagi oraz informacje z Places; jeżeli któryś z użytkowników Facebooka czy Flicra przydzieli imię osobie na fotografii, ta informacja również zostanie zsynchronizowana.
Tegoroczna edycja iPhoto wprowadza także kilka ulepszeń do pokazu slajdów: nowe schematy, przejścia, rozpoznawanie twarzy oraz możliwość eksportowania pokazów do iPodów i iPhone’ów. Na dodatek nowe tematy zostały dodane do opcji drukowania oraz albumów włączając „Travel Books” czyli albumy zawierające mapy stworzone za pomocą geotagowania.
Użytkownicy zainteresowani obróbką materiału wideo mogą odetchnąć z ulgą, ponieważ Apple podczas Keynote zaprezentowało nową, ulepszoną względem poprzednika wersję iMovie. Dotychczasowa edycja tego programu nie zdobyła większego uznania wśród odbiorców. Zupełna zmiana designu nie przypadła za bardzo do gustu chyba nikomu, zatem Philip Schiller z ogromną przyjemnością i dumą zaprezentował poprawioną wersję tego przecież świetnego narzędzia, zaznaczając, iż Apple dodało doń „głębię i moc”.
iMovie ’09 posiada unowocześniony i poprawiny interfejs oraz ulepszoną obsługę „przeciągnij i upuść”, można teraz usuwać lub wstawiać klipy, dodawać nagrania audio i wiele, wiele innych.
Ważną i nowatorską cechą jest stabilizacja obrazu: oprogramowanie rozpoznaje drgania i zmniejsza je na podstawie porównań z przyszłymi i poprzednimi klatkami obrazu.
Odświeżone iMovie oferuje zupełnie nowe dynamiczne tematy z tytułami, nowe przejścia i napisy, a także nowinkę w postaci animowanej mapki, na której mogą się pojawiać lokacje, gdzie kręcone były dane sceny. Pojawiła się możliwość szybkiego podglądu oraz wysyłania materiału bezpośrednio do iDVD.
Większych ulepszeń doczekał się także program do komponowania muzyki, GarageBand. Wersja oznaczona dumnym numerem ’09 wprowadza naukę gry, czyli nagrania instruktażowe, które w sposób szybki i przyjemny pomogą użytkownikowi w nauce gry na instrumencie. Na początek dostępnych jest dziewięć lekcji na gitarę i pianino, gdy będą potrzebne, można je ściągnąć z Internetu.
Jednak dla mnie najatrakcyjniejszą opcją wydają się „Artist Lessons”, które pozwalają na naukę bezpośrednio u mistrzów gitary i pianina. Edukację użytkownika mogą poprowadzić za jedyne cztery dziewięćdziesiąt dziewięć (niestety nie złotego, a dolara) znane gwiazdy takie, jak: John Fogerty, Colbie Caillat, Patrick Stump (z Fall Out Boy) i Sting – ci „profesorowie” podpowiedzą, jak grać na gitarze, z kolei przyszłym pianistom pomogą Sarah McLachlan, Ryan Tedder i Norah Jones. Program pozwala na przegląd słów i nut piosenki oraz tworzenie własnych miksów.
Jakkolwiek w USA nowy iLife kosztuje 79 dolarów, to polskiemu nabywcy przyjdzie zapłacić aż 419 złotych w wersji na jedno stanowisko lub 499 w edycji na pięć komputerów. Osobiście uważam, że lepszym wyjściem jest zakup innego nowego produktu Apple’a , czyli Mac Box Set, który zawiera Mac OS X Leopard, iLife ’09 i iWork ’09, a kosztuje jedynie 869 złotych w wersji na jeden komputer.
More Efficient Work.
Prócz powyżej opisanego iLife’a podczas Keynote’a ’09 zadebiutował również nowy iWork. Przez lata Microsoft Office był niekwestionowanym królem pakietów biurowych dla Maka, lecz wtedy z wybawieniem przyszedł iWork od Apple’a. Na początku zawierał jedynie dwa narzędzia: edytor tekstu, Pages, i program do tworzenia prezentacji, czyli Keynote, - niewystarczająco, by podjąć równą walkę z Microsoftem. Gdy dodane zostało Numbers, arkusz kalkulacyjny, pakiet ten stał się realnym zagrożeniem dla Office’a. Teraz wszystkie trzy programy doczekały się nowych wersji oznaczonych jako ’09. Przyjrzyjmy się teraz, czym Apple będzie walczyć z MS-em.
Numbers ’09, arkusz kalkulacyjny w pakiecie iWork, jest już drugą główną edycją od czasu debiutu tego narzędzia w 2007 roku. Gdy pierwsza jego wersja świetnie nadawała się do małych prac i zawierała kilka świetnych szablonów, to brakowało jej wiele w innych kwestiach, jak chociażby w kompatybilności z Office’em, nie posiadało opcji obracanych tabel, obsługi makr Excela czy AppleScriptu, specjalistyczne opcje były mocno ograniczone,a duże pliki mogły mocno spowolnić działanie komputera. Jednakże nowa wersja tego programu ma naprawić wszystkie niedociągnięcia poprzednika.
Wydaje się, że Apple włożyło wiele pracy w nowe Numbers, bowiem ilość nowych opcji jest zachwycająca. Ułatwiono pisanie formuł, udostępniono ponad 250 funkcji, wystarczy tylko jedno kliknięcie, by wybrać którąś z nich, ale to nie koniec. Każda formuła jest w przystępny sposób objaśniona, a mniej doświadczonym użytkownikom zbawienna będzie pomoc. Wprowadzono również możliwość zdefiniowania danej formuły znakiem zastępczym. Aplikacja udostępnia też dwanaście nowych, bardzo ładnych szablonów, które będą odpowiednie na każdą okazję. Numbers ’09 oferuje inteligentną integrację z pozostałymi elementami pakietu. Wystarczy stworzyć w nim wykres i wkleić go do prezentacji Keynote lub dokumentu w Pages; różnica styli, kolorów, czcionek to nie przeszkoda, program automatycznie dostosuje je do potrzeb użytkownika, dane między dokumentami można oczywiście aktualizować. Program pozwala na grupowanie danych w kategoriach tabel, to jest bardzo pomocne, gdy mamy do czynienia z dużymi zestawami danych. Dzięki widokowi listy formuł można w prosty sposób kontrolować całość obliczeń zawartych w danym arkuszu. W nowym Numbers znajdziemy również zaawansowane wykresy, które pozwolą na osiągnięcie niesamowitych efektów.
Czy Numbers ’09 jest doskonałym zastępcą Excela? Raczej nie, jednak bogactwo nowych funkcji, poprawienie kompatybilności i stabilności czyni ten program naprawdę dobrą propozycją.
Wydaje się, że Apple wydając Pages ’09 sprawiło wspaniały prezent swym użytkownikom: wprowadziło niezbędne funkcje, naprawiło drobne usterki, poprawiło działanie obecnie dostępnych opcji i dało odbiorcom dokładnie to, czego potrzebowali.
Odświeżona edycja edytora tekstu Pages wprowadza możliwość widoku pełnoekranowego, co – jak podaje Apple – pomaga w skupieniu się. Osobiście uważam, iż jest to świetny dodatek znaczne poprawiający komfort pracy. Na pewno przydatna okaże się także integracja z MathType i EndNote, osoby lubiące porządek z pewnością polubią dynamiczne scenariusze. Dzięki korespondencji seryjnej bardzo prosto będzie można scalić dokumenty z danymi z Numbers bądź z kontaktami znajdującymi się w książce adresowej, by dostosować dokumenty do aktualnych potrzeb. W nowym Pages znajdziemy dodatkowe szablony pozwalające na tworzenie jeszcze piękniejszych dokumentów, poprawiono również szybkość ich przeglądania.
Pages ’09 wydaje się być świetnym ulepszeniem edytora, który był dobry, jednak w pewnych kwestiach nadal ograniczony. Wiele nowych opcji sprawia, że Pages można śmiało polecić każdemu, kto potrzebuje wydajnego i dobrze wyposażonego procesora tekstu, a niekoniecznie chce wydawać mnóstwo pieniędzy na Worda, część drogiego pakietu Office.
Po sześciu latach i tysiącach slajdów wiele osób nie wyobraża sobie życia bez Keynote’a. Choć jego rywal ze stajni Microsoftu, PowerPoint, dokonał postępu na wielu polach, to nadal nie dorównuje elegancji interfejsu czy łatwości użycia produktu Apple’a.
Kolejna wersja Keynote’a wprowadza funkcję Magic Move, która umożliwia dodawanie ciekawych animacji w bardzo łatwy sposób. Wystarczy wybrać tę opcję jako przejście, a żądany obiekt będzie zmieniał swe właściwości, jak skala, przezroczystość albo lokalizacja, pozwoli to na uzyskanie iście impresjonistycznych efektów w naszej prezentacji . Ten świetny program do prezentacji posiada także rozbudowaną bazę motywów. W tej edycji doczekaliśmy się ośmiu nowych, co pozwala na elastyczniejsze budowanie nastroju, od lirycznego uspokojenia po dynamiczną ekspresję uczuć. Fantastyczną opcją jest możliwość zdalnego sterowania programem za pomocą iPoda lub iPhone’a, co z pewnością ułatwi prowadzenie prezentacji. Kolejnym sposobem uatrakcyjnienia naszych pokazów są trójwymiarowe wykresy z nowymi teksturami, kształtami i animacjami. Aby zwrócić uwagę odbiorców, można zastosować też inną przydatną cechę nowego Keynote’a: przejścia obiektów i tekstu. Jest to coś olśniewającego, żeby zrozumieć, jak to zniewala, trzeba to samemu zobaczyć. Warto dodać, że poprawiono stabilność aplikacji.
Nowy Keynote na pewno podnosi poprzeczkę. Może nie jest to narzędzie doskonałe, jednak potrafi zainspirować. Jeżeli ktoś już używa tego programu, to szczerze polecam uaktualnienie do najnowszej wersji.
O ile cena pakietu iWork w Stanach może się wydawać atrakcyjna (79 dolarów), zwłaszcza w porównaniu do kosztującego krocie Office’a, to polskiemu nabywcy przyjdzie zapłacić za w pełni spolszczony program 419 złotych w wersji na jedno stanowisko lub 499 w edycji na pięć komputerów, zatem wymieniony już wcześniej Mac Box Set jest wyjściem najoptymalniejszym.
Apple musiało mocno pozazdrościć Google jego GoogleDocs, bowiem zaprezentowało serwis iwork.com, pozwalający użytkownikom na dzielnie się i pracę nad dokumentami online, a jedynym narzędziem do tego potrzebnym będzie przeglądarka internetowa. Wszystkie elementy pakietu iWork są zintegrowane z tą nowością, wystarczy tylko nacisnąć przycisk, a nasze prace znajdą się w Internecie. Usługa jest obecnie dostępna w wersji beta i, jak to zwykle z Apple’em bywa, za skorzystanie z niej trzeba dopłacić.
iChanges.
Podczas Keynote Apple koncentrowało się na sukcesach odniesionych w ostatnim roku, na podkreślaniu jak dzielnie opiera się światowemu kryzysowi w gospodarce. Jak powiedział Philip Schiller, ostatni rok był dla Apple najlepszy, sprzedano ponad dziewięć i pół miliona Maków, firma rozwija się dynamicznej aniżeli konkurenci.
Prawdziwą żyłą złota jest iTunes, sprzedano tam 6 miliardów piosenek, a sam Music Store stał się największą światowa biblioteką multimediów. iTunes ma obecnie 75 000 000 abonentów na całym świecie i każdy z nich może mieć dostęp do aż 10 000 000 utworów w każdym momencie. Do tej pory opłata za utwór była stała i wynosiła dziewięćdziesiąt dziewięć centów, lecz teraz ceny będą utrzymywały się na trzech poziomach: 0.69, 0.99 i 1.29 dolara i na dodatek zostaną usunięte zabezpieczenia DRM, a sama jakość utworów wzrośnie. Użytkownicy iPhone’ów będą mogli nabywać utwory także za pośrednictwem sieci 3G. Czy to nie piękne?
The best is yet to come.
Gdy na scenę wkroczył Tony Bennett, znany, nagrodzony wielokrotnie Grammy i Emmy artysta, by zaśpiewać piosenkę "Najlepsze dopiero przed nami", wszyscy sądzili, że Philip Schiller skrywa jeszcze jedną niespodziankę w zanadrzu. Niestety, był to jedynie mocny akcent na zakończenie Keynote. Jedynie? Wydaje mi się, że nie. Mimo że Apple wielokrotnie nas zawiodło lub nie spełniło naszych oczekiwań, to nadal pozostaje najbardziej innowacyjną firmą na świecie Jeszcze z pewnością wielokrotnie nas zaskoczy, jednakże przecież nie oczekujmy, że będzie to robić kilka razy w roku.
Nikt nie lubi bajek o żelaznym wilku, lecz nawet w dobie kryzysu marzenia nic nie kosztują. Przecież iMaki pewnie w najbliższym czasie doczekają się reedycji, Apple nie może pozostać obojętne na ataki ze strony Della (który stworzył XPS One) albo HP (ze swoją serią TouchSmart). Intel zaprezentował niedawno nową serię szybkich czterordzeniowych procesorów z TDP równym 65 watów. Być może to one będą napędzać przyszłe Macintoshe, a jeśli nawet nie, to przecież na pewno doczekamy się nowego chipsetu od NVidii, który raczej wyprze (przynajmniej w komputerach domowych) rozwiązania Intela. Ten układ może zastąpi w tańszych modelach niezbyt wydajną kartę graficzną ATI Radeon 2400XT, co chyba ucieszy graczy. Może doczekamy się przesiadki Maków Pro na platformę Nehalem lub zobaczymy w nich sześciordzeniowe Xeony Dunnington? Niepokoić mogą tylko doniesienia na temat nowego Maca mini, bo chociaż chipset GeForce 9400M to pod względem grafiki czy multimediów (obsługa DisplayPort) znaczący krok na przód w stosunku do rozwiązań zintegrowanych Intela (mam na myśli układ GMA950) o katastrofalnej wydajności, to propozycja zastąpienia Core 2 Duo procesorem Atom 330 jest cofnięciem się w czasie nawet nie do okresu Pentium D. Lecz ja sądzę, że aż tak źle nie będzie. Jak świadczą relacje prasowe, możemy się też spodziewać nowej wersji iPhone’a, ale nie mam na myśli edycji nano (o czym za chwilę), ale jego zupełnie nowe wydanie. Podnieść na duchu może też to, że gdzieś tam, hen, za srebrnym światłem gwiazd czai się potęga Snow Leoparda. Jednak to tylko gdybanie, przyjemne, ale gdybanie.
Wszystkich, którzy spodziewali się, że Apple zaprezentuje nowego netbooka i iPhone’a nano, muszę niestety rozczarować. Niedawno podczas konferencji prasowej Tim Cook, PO prezesa, ogłosił, że Apple koncentruje się na zapewnianiu rozwiązań komfortowych, wydajnych i eleganckich (oraz oczywiście odpowiednio drogich), a żaden netbook nie jest w stanie zaoferować takich cech, to samo tyczy się iPhone’a; firma chce się skupić na jego ulepszaniu miast tworzeniu jego zubożonych wersji. Co do możliwości pojawienia się tabletu, to osobiście jestem sceptyczny, Apple, nauczone niepowodzeniem Newtona, raczej nie zainwestuje w taki projekt ani czasu, ani tym bardziej pieniędzy.
Ten rok to dla Apple czas zmian. Rezygnacja z MacWorld i corocznego Keynote, tych niezwykłych wydarzeń, które z dawna elektryzowały cały rynek IT to jeden z ich manifestów. Świat się zmienia, a nikt wobec tych zmian nie może pozostać obojętnym. Było oczywiste, że po takich wspaniałych imprezach, jak NAB, Macworld New York, Macworld Tokyo i Apple Expo w Paryżu, musiał przyjść także czas na MacWorld Expo. Pocieszeniem może być to, że Apple zamierza pojawić się na przyszłorocznym CES. Jak już powiedziałem, świat się zmienił, teraz Apple musi wypracować nowe, bardziej jeszcze i n n o w a c y j n e sposoby komunikowania się z odbiorcami. Co do sytuacji w samej firmie, Może Schiller, Cook i inni nie mają tej zniewalającej charyzmy czy posłuchu, jednak to dobrzy, znający się na swym fachu specjaliści. Może powiecie, że tak samo myślano, gdy prezesami zostawali Mike Markkula czy John Sculley. Pamiętajmy jednak, że Jobs sam wyznaczył swych zastępców, a chyba on wie najlepiej, co jest dla Apple’a najlepsze. Ponadto Tim Cook miał już okazję w 2004 roku kierować firmą i nie przypominam sobie, by ten czas zapisał się negatywnie na kartach historii.
Jednakowoż te i inne symptomy przecież nie oznaczają bankructwa filozofii Think Different Apple’a, lecz konieczność zrewidowania naszego doń podejścia, którym często kierują stereotypy i fałszywe wyobrażenia. Osobiście uważam, iż wejście w nowy etap jest konieczne, bowiem ten, kto stoi w miejscu, cofa się. Wiem, to „romantyczne” widzenie Apple’a jako firmy innej, lepszej jest chyba naturalną cechą prawie każdego użytkownika jej produktów, ale istnieje potrzeba przyjęcia tej bolesnej, acz ożywczej prawdy.
Myślę, że to ostatnie Keynote było udane, może niektórzy narzekali na nudę, inni na brak ekscytujących nowości, ja jednak czuję się usatysfakcjonowany.. Jestem dumny, bo należę do pokolenia, które doczekało się papieża Polaka, dożyło czarnoskórego prezydenta USA i widziało ostatnie Keynote. Jedyne czego żałuję to tego, że MacBook Wheel okazał się tylko żartem.
Napisał i przygotował: Pan Piotr




LinkBack URL
About LinkBacks












