Lubimy Google. Nie da się ukryć, chyba nie istnieje świadomy użytkownik internetu, który nie korzystałby z mechanizmu wyszukiwania stworzonego przez tę firmę. Podobno przygoda z witryną Google.com prawie dla wszystkich zaczyna się tak samo, od wpisania swojego imienia i nazwiska a potem od zapytania wyszukiwarki o znajomych lub bliższą czy dalszą rodzinę. Przypuszczalnie zawsze Google wyświetli wyniki, że ktoś o takim samym nazwisku jakie my nosimy, mieszka tu, tam, w innym mieście, kraju, kontynencie. Prawie na pewno trafimy na nas samych jeśli jesteśmy w jakikolwiek sposób osobą znaną, możemy jednak się w Google odnaleźć nawet jeśli , w naszym przynajmniej mniemaniu, jesteśmy anonimowi, ot, Kowalscy z bloku X i klatki F. Wystarczy, że widniejemy w spisie lokatorów czy też ukończyliśmy jakąś szkołę. To pierwsze w życiu znalezienie samych siebie w spisach Google witamy z uśmiechem, to jak dobra zabawa, o, byliśmy jednak w ukrytej kamerze.
Czyż nasi rodzice nie powtarzali nam, żeby nie być wścibskimi? Nie czytać listów nie kierowanych do nas? Nie wsadzać nosa w nieswoje sprawy? Czyż nie słyszeliśmy przynajmniej raz w życiu o sferach tabu, o intymności,o prawie człowieka do prywatności? Czy w epoce internetu coś takiego jak intymność jeszcze istnieje?
Google wypuściło do użytku kolejny swój produkt - przeglądarkę internetową Chrome. To opus magnum dotychczasowej wizji Google, stworzenia narzędzi komputerowych codziennego użytku dostępnych u jednej firmy, na jednej witrynie www. Odkąd pamiętam mówiło się , że Google indeksuje informacje o korzystających z niego użytkownikach. W podobnym duchu wypowiadają się pierwsi testerzy przeglądarki chrome, prawie jednym głosem zastanawiając się: czego szuka w moim komputerze ten program i co udaje mu się dowiedzieć? Użytkownik pewnego forum pokazuje zrzutkę ekranu , na której widać okienko wyświetlające się podczas usuwania Google Chrome z systemu, jest widoczny komunikat: skontaktujemy się z Tobą. Forumowicz więc zadaje sobie pytanie jak to możliwe, przecież nie podawał adresu e mail podczas instalacji, nie było nawet takiej prośby. A jednak Google jest pewne swego: przecież i tak Cię znajdziemy. I ma rację. Nawet nie musimy być zarejestrowani w usługach Google. Świadczy o nas IP, punkt dostępowy, konfiguracja komputera. Strony, które oglądamy. Tematy wiadomości, które czytamy. Krok po kroku, godzina po godzinie , wieczór po wieczorze odsłaniamy się. Powtarzamy pewne rutyny. O podobnych porach. W końcu można z dużą dozą prawdopodobieństwa zdefiniować , przynajmniej tą widoczną, część naszej osobowości. Wyznanie, sympatie polityczne, orientację seksualną. Znajomość języków, erudycję, gust. Zakładamy konto Google, zaczynamy korzystać z poczty e mail, komunikatora, serwera zdjęć. Żyjemy siecią. Teraz już można określić nasz zasób słów ( przecież piszemy listy), znajomość języków, ilość kolegów czy przyjaciół. Wiedzę o świecie, zawód. Zalety, wady, słabości. Powoli nie mamy żadnych tajemnic, Google wie nawet to, czego my nie wiemy. Czy naprawdę?
Korzystam ze sklepu iTunes. Po pewnym czasie głowna witryna sklepu wyświetlała w centralnym miejscu strony zakładkę: Te płyty, które możesz lubić. Prawie zawsze byłem ciekaw co proponuje mi mechanizm sklepu, niestety, w większości wypadków, nawet po zakupie przeze mnie kilkudziesięciu płyt ( czyli robot miał większe szanse na ustalenie powtarzanych przeze mnie gatunków muzycznych) rekomendacje nie trafiały w mój gust. Zdałem sobie nagle sprawę, że nie muszę bać się szpiegowania Google i innych firm. Ich algorytmy nie zakładają kilku podstawowych cech osobowości: nieobliczalności, dojrzewania, zmian poglądów, kształtowania gustu i charakteru. Rozwoju. Owszem, może się zdarzyć, że Google w oparciu o oglądane przez nas zdjęcia kobiet, używane przez nas w listach słowa opisujące emocje, wytypuje nam kandydatów na przyjaciół, żony, nawet wybierze nam styl ubierania się, czy jednak będziemy z tych wyborów zadowoleni? Czy to, że ktoś nam podsuwa produkt idealny, nawet taki , który w gruncie rzeczy trafia w nasz gust, nie jest tak naprawdę zniechęcające? Czy nie jest tak, że odrzucimy taką propozycję, bo pozbawiono nas możliwości odkrycia jej samemu? Czy żeniąc się z idealną kobietą wybraną nam przez google nie będziemy tęsknić za wspomnieniem pierwszej wymiany spojrzeń, niepewności, aluzji w rozmowach, pierwszych spacerów? Czy chcemy, by wszystko było tak na wprost, bez ogródek, bez intymności? Czy naprawdę to może się odbyć na zasadzie:
- Cześć.
- Cześć.
- Przysłało mnie Google.
- Mnie też przysłało.
- Ma być nam podobno świetnie,
- Też tak słyszałam.
- To jak, będziemy razem?.
- Będziemy.
- Będzie nam dobrze?
- Będzie.
Trudno w to uwierzyć. A jednak Google doskonali sposoby zbierania danych a my coraz bardziej też wierzymy, że w czymś one okażą się pomocne i pożyteczne. W zasadzie już się przydają. Można dzięki nim złapać przestępców choć cena czasem jest wysoka. Naszym dziadkom czy matkom nie mieściło się w głowie, że można podsłuchiwać rozmowy bądź czytać pamiętniki ich córek. Współczesnym rodzicom natomiast zaleca się , by czytali archiwum komunikatorów, maile i blogi swoich dzieci. Tam mogą być ślady pedofili, naciągaczy, złodziei bądź po prostu fałszywych przyjaciół czy nieodpowiedniego towarzystwa. Jak można ich złapać , to już inna sprawa, pewnie za pomocą internetu skoro w internecie zostawili ślady. Jak uchronić natomiast swoje dziecko lub siebie? Odciąć od sieci...nie, przecież dziś bez sieci nie ma szans na szybkie dotarcie do wiedzy, zabawę, utrzymywanie kontaktu z przyjaciółmi czy też na znalezienie nowych kolegów. Również nawiązanie kontaktów zawodowych czy znalezienie pracodawców/pracowników mogłoby być utrudnione... Nie, odcięcie sieci nie jest rozwiązaniem... Bo gdy się tak zastanowimy to się okaże, że nie możemy bez Google ( lub innych internetowych mechanizmów wyszukiwania) żyć. Bo po odfiltrowaniu tego, co nieprzydatne, nieciekawe, niezgodne z oczekiwaniami, złe, zostaje to, czego szukaliśmy lub co znaleźć było nam do tej pory trudno. Bo, chcąc być pewnym, że w łatwej drodze do dobrych rzeczy nie zdarzył się naszym dzieciom przystanek przy rzeczy złej, musimy nieco sprzeniewierzyć się zasadom naszych dziadków o poufności korespondencji czy rozmów i zwyczajnie zajrzeć do skrzynki pocztowej lub archiwum komunikatora w komputerze naszej pociechy. Poczujemy się paskudnie ale będziemy przynajmniej pewni, że uchronimy dziecko przed “przyjaźnią” osoby, która dobrych zamiarów bynajmniej nie ma. To trudne uczucie to właśnie cena, którą musimy zapłacić za wszystkie inne dobrodziejstwa internetu. Czy to wysoka cena? Każdy chyba musi to oszacować we własnym zakresie...




LinkBack URL
About LinkBacks




(...)



