Serwis Technologie i Internet na gazeta.pl publikuje ciekawy felieton Lore Sjoberga z serwisu Wired na temat iPoda.
Wreszcie kupiłem sobie właściwego iPoda - to znaczy takiego wyposażonego w ekran i sprzedawanego w komplecie z żelem do stawiania irokeza.
Wcześniej posiadałem model iPod shuffle, ale jako jego właściciel nigdy nie czułem przynależności do Międzynarodowego Stowarzyszenia Tańczących Cieni (referencja do reklam iPoda - przyp. tłum.). To jeden z modeli pierwszej generacji - białych i wyglądających jak pudełko na leki modnego siedemdziesięciolatka. Być posiadaczem takiego sprzętu to pośród fanów iPoda taka sama furora, jak pojawienie się w barze dla harleyowców z pudełkiem na ciastka w kształcie Harley Hoga. Powiedzmy, że osiągnięty efekt jest daleki od zamierzonego.
Ponieważ jednak od niedawna jestem wideoblogerem, mogę stwierdzić ze stuprocentową prawdomównością, że mój nowy iPod classic został kupiony z powodów biznesowych. Dzięki niemu mogę przekonać się, jak ogląda się moje nagrania na łonie natury. Używam go również jako przenośnego dysku twardego, a przy tym muszę powiedzieć, że piosenka "One Night in Bangkok" jest niesamowicie inspirująca.
Jest mi tylko nieco dziwnie kupować produkt oznaczony etykietką classic. W marketingu classic jest sposobem przedstawiania bojaźliwości i wytrwałości jako najlepszych cech człowieka. Opierając się zmianom jesteś w forpoczcie awangardy! Nienawidziłeś tego, co nowe zanim nienawidzenie tego, co nowe stało się trendy!
Tak czy siak zapłaciłem za "classic" i otrzymałem "classic". A kiedy już lśniąca plastikowa cegiełka trafiła we właściwe miejsce i wmurowała mnie w ściany medialnego więzienia Steve'a Jobsa (vide: Edgar Allan Poe, "Beczka z Cupertino"), uznałem, że najwyższy czas zająć się porządnie oprogramowaniem iTunes.
Podobnie jak wiele innych osób nie miałem specjalnie ekstatycznych doświadczeń z dostępną w nim opcją Party Shuffle - wprowadza użytkowników w samozadowolenie, a kiedy już zaczną się dobrze bawić, robi ich w konia. Posłuchajmy sobie spokojnego utworu na kwartet smyczkowy, a zaraz po nim jeden z najbardziej nawiedzonych numerów Trenta Reznora! A potem odgłosy wielorybów! Ej, a wiedziałeś, że masz tu nagraną ścieżkę dźwiękową do "Free to Be... You and Me"? Posłuchajmy przez kilka minut Alana Aldy śpiewającego o estrogenie... a potem najwyższa pora na efekty dźwiękowe ze "Star Treka"!
Opcja Party Shuffle jest niebezpieczna - chyba, że lubi się urządzać imprezy, w trakcie których goście mogą wysłuchać dźwiękowego zapisu seks-czatu, ściągniętego kilka miesięcy wcześniej, a potem na śmierć zapomnianego.
Przyjrzałem się także opcji Smart Playlists. Niektórzy ludzie bardzo ekscytują się tymi playlistami, tworząc liczne pogrupowane spisy, dzięki którym można łatwo wybrać utwory w oparciu o takie kryteria, jak "Piosenki punkowe z lat czterdziestych", "Dziecięce utwory autorstwa Kraftwerku" i "Muzyka, której już dzisiaj słuchałem". Uznałem, że chcę tej władzy także dla siebie.
Większość porad dotyczących Smart Playlists sugeruje, aby rozpocząć od ocenienia posiadanej muzyki. Nie, to sprawia, że czuję się niekomfortowo. Mówić sobie samemu jak bardzo lubię muzykę, którą wybrałem i kupiłem? To chyba nieco narcystyczne. Zazwyczaj jestem tak zaabsorbowany sobą, że gdyby ktoś z was mocno mnie przytulił, z pewnością upaprałby swój sweter moim ego - ale ten numer z ocenianiem to za dużo nawet dla mnie. Przez to czułbym się równie egocentrycznie, jak nastoletni wąż Ouroboros (pożerający sam siebie - przyp. tłum.) wypisujący pretensje do świata na Twitterze.
Ocenianie muzyki dla siebie samego nie sprawia, że czuję się dobrze. Beethoven? Ech, trzy gwiazdki. Znaczy się, jego muzyka jest w porządku, gdy starasz się czytać, zasnąć albo umrzeć, ale aż tak to ona na mnie nie działa. Z drugiej strony jest piosenka "I Do the Rock", w której Tim Curry śpiewa o Lindzie Ronstadt i Jimmy Carterze. To utwór wiekopomny! Pięć gwiazdek!
Co gorsze, ludzie połączeni z moją biblioteką utworów w iTunes będą mogli zobaczyć wystawione przeze mnie oceny. W ten sposób o mojej wstydliwej miłości do Frente dowie się nie tylko moja partnerka i nasi domowi goście, ale także przypadkowi ludzie w kawiarniach z bezprzewodowym dostępem do internetu.
Nagrodą za ciężką pracę i katusze duszy są nieco lepsze playlisty. Mogę odfiltrować muzykę, której nie cierpię, a także nagrania słowa mówionego i efekty dźwiękowe, ale i tak jestem nieco zawiedziony.
Dla jasności - chcę list użytecznych. Chcę kategorii "Piosenki Tori Amos, które choć trochę trzymają się kupy". Chcę "Piosenek Becka, w których ścieżka rytmiczna nie brzmi jak kulki miłości ciskane w pancernika". Chcę "Piosenek Nicka Cave'a, które nie mówią otwarcie o wykrwawianiu się na śmierć".
Rzecz jasna zbieranie takich informacji wymagałoby stworzenia pewnej globalnej sieci osób myślących tak samo i pracujących solidarnie dla wyższego dobra. Skoro jednak Steve Jobs jest już w połowie drogi do utworzenia wspólnego umysłu (ang. hive mind), to w sumie mógłby zebrać się do finiszowania.
Źródło: Wspólnota iPoda - poznaj zagrożenia zanim dołączysz




LinkBack URL
About LinkBacks






